Читать книгу Pogrzebani онлайн
4 страница из 92
Świat wciąż tonął w półmroku, lecz już wkrótce miał pojaśnieć. Słońce prawie się uwolniło. Wstawał dzień.
* * *
Piętnaście metrów dalej mokradła ustąpiły miejsca świeżo zaoranemu polu, nierównemu i pokrytemu kopcami ziemi. Wszędzie walały się wapienne kamienie. Każdy następny krok był równie błotnisty i mokry jak poprzedni.
Jeszcze dalej, na skraju pola, biegło liche druciane ogrodzenie pełne kłaków wełny, które ozdabiały je niczym lampki choinkowe w miejscach, gdzie próbowały sforsować je owce.
Ale owiec nie było. Nie było nic oprócz pozostawionych przez nie śladów.
– No i gdzie? – spytał Alec. – Nic tu…
– Tam. – Farmer wyciągnął rękę.
Alec spojrzał w dół. Przez chwilę widział jedynie ziemię.
– Tu nic…
Urwał. Omiótł ich powiew wiatru. Pod nogami coś zadrżało.
Wyjął latarkę i poświecił. Niecały metr dalej leżał kłąb czarnych włosów, grubych, jedwabistych zwojów niemal takiego samego koloru jak otaczające je błoto.
Alec podszedł bliżej i ukląkł. Wytarł rękę w spodnie, sięgnął do kieszeni i wyjął rękawiczki. Chciał je włożyć jednym płynnym ruchem, lecz palce – lepkie, wilgotne po długim spacerze – przywarły do lateksu, zanim zdążył dobrze je wepchnąć. Musiał je wciskać milimetr po milimetrze, inaczej nie mógłby dotknąć tych zimnych, czarnych kłębów. Cały czas na nie patrzył.